Ares dla Kondzia

Husky to piękna rasa psów, bardzo wyrazista. To z jednej strony ułatwienie, nie ma tu miejsca na wahanie i niejednoznaczność, a ja lubię konkrety – wyraziste kolory, odważne ich połączenia. Z drugiej strony, to piękno jest tak rzucające się w oczy, że łatwo na obrazie przesadzić.

Mimo wszystko, pewnego dnia, napisałam do Konrada: Namaluję Ci psa! A on wysłał mi to zdjęcie:

To był jeden z tych obrazów, które malowało mi się bardzo przyjemnie. Tak dzieje się wtedy, gdy znam i baaardzo lubię właściciela. W tym wypadku nie znałam psa, ale to nie szkodzi. Wystarczyła mi świadomość dla kogo maluję.

Tak wyglądał Ares na początku mojej pracy – nie za dobrze, prawda? 🙂 Bardzo często jest tak, że sama nie wierzę w powodzenie mojego przedsięwzięcia, gdy zaczynam. Brnę jednak dalej, bo już wiele razy przekonałam się, że malowanie to proces, do którego dochodzi jakby poza umysłem. Myśli mogą wątpić, ale póki ręce pracują pod dyktando… duszy (?) i na fali kreatywności trzeba mieć nadzieję, że coś z tego wyjdzie.

Tu już trochę lepiej – zawsze pracuję na podstawie zdjęcia – wydruku, na który nakładam siatkę oraz portretu wyświetlonego na komórce.

Jeszcze zanim zostałam matką, taki obraz zajmował mi średnio dwa wieczory. Pierwszego wieczoru powstawało 90% obrazu. Drugi wieczór poświęcałam na dopracowywanie szczegółów i poprawianie błędów. Teraz maluję kilka wieczorów po 20 min – tylko tyle mam czasu 🙂

Lubię proste formy i żywe kolory, jednolite tła. Myślę, że jest to mój znak rozpoznawczy 🙂

Po namalowaniu obrazu, wysyłam zamawiającemu zdjęcie do akceptacji.

Poniżej zadowolony właściciel odbierający obraz:

Pierwsze obrazy

Zwierzęta zaczęłam malować z pobudek dobroczynnych – parę lat temu bardzo zaangażowałam się w pomoc bezdomniakom. Przy okazji poszukiwania im domu i zbierania środków na ich utrzymanie, pojawił się pomysł wystawienia na licytację własnoręcznie namalowanego obrazu. W ten sposób sprzedałam ich kilka.

Namalowałam np. Jackiego, psa, którego miałam pod finansową opieką około 3 lata (przebywał w hoteliku). Całą jego, dość burzliwą historię, można przeczytać tutaj: https://kotkotukotem.wordpress.com/koty-i-psy-calkowicie-gratis/jackie-pies-z-opuszczonego-domu-dziecka/

Wiem, że to „dzieło” pozostawia wiele do życzenia, ale pamiętam, że byłam wtedy zadowolona :). Jakby nie patrzeć, Jackie przypomina siebie. Poza tym, obraz został sprzedany za kilkadziesiąt złotych, które przeznaczyłam na utrzymanie psa. To zdecydowanie praca, którą wspominam z sentymentem.

Na rzecz Jackiego powstało zresztą kilka prac, np. słynny kot Grumpy trzymający adekwatny do sytuacji napis:

Na licytację wystawiłam również wspomnianą w poprzednim wpisie „Kotkę Picasso” oraz jeszcze jeden obraz, pierwszą próbę namalowania mojego własnego kota, Czwórki. Niestety nie mogę znaleźć zdjęcia, bo obraz jest, oczywiście, u nowego właściciela. Mam za to kolejny, który został już ze mną. Został namalowany dość spontanicznie na innym, nieudanym obrazie, który do dzisiaj trochę przebija na fioletowo.

Ten fioletowy obraz pod spodem zaczęłam malować na zamówienie. Miały to być fioletowe kwiaty z motylami – kompletnie nie mój klimat i kolorystyka. Nie byłam w stanie go skończyć. Stwierdziłam wtedy, że malowanie tylko i wyłącznie dla zysku jest nie dla mnie. Anulowałam zlecenie i, żeby płótno się nie zmarnowało, namalowałam na nim swojego kota.

Obraz jest bardzo prosty w formie, ale taki mi się podoba. Poza tym, uważam, że doskonale oddaje pyszczek mojej Czwóreczki. Skoro powstała Czwórka, nie mogło na mojej ścianie zabraknąć również Trójki w dużym formacie.

Wiem, że te prace wyglądają jak malowanie ręką dziecka i teraz pewnie zrobiłabym to lepiej, ale to mój początek, które chcę zachować w pamięci. Początek jeszcze nie do końca wytyczonej drogi. Kto wie, co przyniosą kolejne lata? Jedno jest pewne: mam w sobie niegasnącą potrzebę tworzenia i myślę, że to najważniejsze 🙂

Pierwszy obraz z kotem

Jak pisałam w pierwszym poście, już od dzieciństwa inspirowałam się trochę Picasso, tworząc abstrakcyjne, plamiaste obrazy. Trochę później dowiedziałam się, że, tak jak ja, był wielbicielem kotów. Wszystko zaczęło mi się łączyć w jedną całość i tak powstał mój pierwszy koci obraz, zatytułowany „Kotka Picasso”.

Jak widać, zaczynałam od malowania farbami olejnymi, które później porzuciłam na rzecz akrylowych – te drugie dają szybki, wyrazisty efekt, olejne są bardziej pracochłonne (trzeba je mieszać z olejem) i o wiele dłużej schną. Farby akrylowe zdecydowanie bardziej odpowiadają mojej osobowości – jestem dość niecierpliwa i pracuję w pewnym amoku, maluję dopóki, dopóty nie będę zadowolona z efektu, nawet jeśli oznacza to siedzenie do późnych godzin nocnych. W efekcie często jestem bardzo zmęczona i dość sfrustrowana. Farby akrylowe dają mi pewne przyspieszenie pracy, bo od razu dobrze kryją i schną tak szybko, że poprawki można wprowadzać właściwie na bieżąco.

„Kotka Picasso” powstała z połączenia kilku prac malarza: obrazów i rzeźb. Jedną z tych prac był ceramiczny kot, który Picasso podarował żonie Hemingwaya:

Największą inspiracją jednak była tu osoba samego malarza 🙂 M.in. paski na jego sweterku. Z innego obrazu wzięłam tło, jeszcze inny podpowiedział mi, jak ma mniej więcej wyglądać kocia mordka. Ten picassowy misz-masz nijak się oczywiście ma do poziomu samego artysty, ale po latach doceniam, jak sprytnie połączyłam te wszystkie moje inspiracje.

Mimo wszystko mamy z Picasso coś wspólnego – jesteśmy kociarzami :).

Ps. Ten mój pierwszy obraz został wylicytowany na facebookowym bazarku na rzecz zwierząt. Abstrakcyjna układanka pięknie się więc połączyła w całość i domknęła, a to bardzo satysfakcjonujące.

Blogowanie o malowaniu czas zacząć

Najpierw o tym, jak zaczęło się malowanie

Od „zawsze” lubiłam malować farbami – w dzieciństwie, pudełko plakatówek stanowiło dla mnie zaproszenie do bardzo interesującego świata, który jednak eksplorowałam dość ostrożnie. Szczególnie lubiłam bawić się kolorami, a moje „dzieła” najczęściej stanowiły zbiór kolorowych plam. Nazywałam je „picassami”.

W miarę dorastania, mój czas zaczęły zajmować bardziej przyziemne sprawy, głównie nauka i problemy z dorastaniem związane. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że malowanie farbami może stanowić doskonałą ucieczkę, odpoczynek od problemów. Wtedy myślałam, że jest to zajęcie dziecinne, zwykła zabawa, a ja nie mam ku malowaniu żadnych predyspozycji.

Powolne przebudzenie

Dopiero zaczynając swoje dorosłe życie miałam czas i miejsce w głowie na refleksję o tym, co mi sprawia przyjemność i co lubię robić. Szybko odkryłam, że nie trzeba dużo szukać, wystarczy to sobie przypomnieć, właśnie z dzieciństwa. To wtedy „przypomniałam sobie” jak bardzo lubiłam tańczyć i zostałam instruktorem zumby (zajrzyj na moją stronę: https://www.facebook.com/frogzumbaswidnica/). Jednak malowanie musiało do mnie wrócić bardziej „podstępnie”, bo zawsze miałam w sobie jakieś głupie przekonanie, że malować nie może każdy. Tylko ten, co ma jakiś talent, maluje od razu tak, że zachwyca, a w mojej głowie taki stan rzeczy był w moim przypadku niemożliwy.

Prezent dla męża

Mój mąż też od zawsze lubił malować. Tylko on tę swoją zabawę wyniósł na wyższy poziom, kontynuował jako nastolatek i naprawdę dobrze szło mu odwzorowywanie ilustracji z książek. Ba! On sam sobie robił podobrazia! Zbijał ramki z deseczek i naciągał na nie stare prześcieradła… Ten człowiek nie przestaje mnie zadziwiać 🙂 Poniżej jedno z jego niedokończonych dzieł, właśnie na własnoręcznie zrobionym podobraziu. Namawiałam go, żeby je teraz dokończył, byłoby to ciekawe połączenie kreatywności młodego Rafała z tym starszym, ale na razie nie ma na to czasu.

Chciałam, poza tym, żeby tę swoją pasję kontynuował, choć teraz myślę, że może podświadomie sama chciałam do malowania wrócić. Kupiłam mu na któreś urodziny sztalugę, farby olejne, pędzle, cały osprzęt. Kilka razy podchodził do tematu, powstało parę ciekawych abstrakcyjnych kompozycji, no i malowanie wciąż sprawiało mu dużo frajdy i o to tylko chodziło.

Nieśmiała próba

Pewnego wieczoru pożyczyłam od męża ten malarski osprzęt, a że miałam mocno zakodowaną zabawę kolorowymi plamami oraz przekonanie o własnym braku jakiś większych predyspozycji, namalowałam coś bardzo zachowawczego i mocno abstrakcyjnego.

Nazwałam tego mojego dorosłego już „picasso” „Zumba”, bo chciałam w nim oddać uczucia związane z tańcem – wirującą energię, ciepło i radość. Obraz wisi do dzisiaj u mojego męża w biurze, choć wisi niezgodnie z zamysłem autora – powstawał jako pionowy. Ja bym pewnie najchętniej schowała go za szafę, ale Rafał go oprawił i powiesił, co dużo dla mnie znaczy.

Kolejna pasja

Kiedy miałam około 8 lat mój tato przyniósł do domu małego kociaka, urodzonego na terenie jego zakładu pracy. To był początek mojej wielkiej miłości do tych zwierząt i myślę, że do zwierząt w ogóle. Sama obserwacja kota i możliwość dorastania z nim (jedna z kotek przeżyła ze mną 16 lat) uwrażliwiła mnie bardzo mocno na potrzeby zwierząt i dała sporo wiedzy dotyczącej kociego zachowania i właśnie ich potrzeb. I znowu: już w dorosłym życiu powstał blog o kotach: http://www.kotkotukotem.wordpress.com i choć dawno nie uaktualniany, to włożyłam w niego sporo pracy i jest w nim kilka fajnych wpisów 🙂 zapraszam do czytania.

Właśnie z połączenia tej kociej fascynacji ze sprzętem malarskim powstał pomysł namalowania pierwszego kota. Widać nawet te moje próby na blogu o kotach – nazwałam je „artystycznymi wyżywkami”. Z czasem stawałam się coraz bardziej pewna w malowaniu tzw. „futer”, co z kolei przełożyło się na powstanie facebookowej strony „Namaluję Ci kota” i jakiś pierwszych zamówień na obrazy.

https://www.facebook.com/Namaluj%C4%99-Ci-kotaYour-Cat-on-Canvas

W kolejnych wpisach będę przedstawiać historię tych obrazów, bo składają się na nią historia zwierzęcia, właściciela i… malarki 🙂